Z ubiegłorocznego październikowego wyjazdu na Półwysep
Iberyjski, to portugalska stolica najmniej przypadła mi do gustu. To niezwykle
popularne miasto, wychwalane i bardzo często opisywane w superlatywach.
Spodziewałam się więc przyjemnego zwiedzania, bo miasto ma odległą i
fantastyczną historię, szczególnie tę
związaną z odkryciami geograficznymi, jest wspaniale położone, a widoki z
lizbońskich wzgórz powalają.
Ale cóż – tak myślało też mnóstwo innych zwiedzających (rocznie
odwiedza je 8 mln turystów!), którzy uznali początek października, czyli koniec
tutejszego upalnego lata, za najlepszy
czas do odwiedzin Lizbony. Podczas dojazdu widzieliśmy w porcie dwa
wycieczkowce, co nie zapowiadało niczego dobrego, a co się później
potwierdziło. Choć nie tylko nadmierne tłumy wpłynęły na takie rozczarowujące postrzeganie
stolicy.
Miasto jest w wielu miejscach zaniedbane, chaotyczne i
niemiłosiernie zakorkowane. I mam wrażenie, że mijają bezpowrotnie najlepsze
dla Lizbony czasy. Niekontrolowane tłumy turystów i brak operatywności władz
powodują, że powoli umiera ten wspaniały duch dawnych odkrywców świata i
dawnych budowniczych stolicy. Ale to nie
tak, że wszędzie jest na nie!
Lizbona ma mnóstwo wspaniałych i ikonicznych miejsc, a jednym z
nich jest Klasztor Hieronimitów w dzielnicy Belém. Choć
właściwie powinnam zacząć od innej ikony miasta – wieży Belém stojącej
po przeciwnej stronie drogi, nad rzeką Tag. Ta XVI-wieczna wizytówka
miasta miała uzupełniać system obrony miasta od strony Oceanu Atlantyckiego.
Zbudowana w ozdobnym stylu manuelińskim
(pisałam o nim TUTAJ), oczywiście na polecenia króla Manuela I, jest
jednym z najpiękniejszych i najpopularniejszych zabytków w kraju. Niestety, w
czasie naszych odwiedzin była obłożona rusztowaniami. Wielka szkoda i pierwsze
rozczarowanie, choć wiem, że takie zabytkowe obiekty trzeba dopieszczać.
| Źródło. |
Ale obejrzeliśmy monumentalny Pomnik Odkrywców stojący
kilka kroków dalej. Odsłonięto go w pięćsetną rocznicę śmierci księcia
Henryka Żeglarza (więcej o nim tutaj), ma kształt karaweli i 52 metry
wysokości. W połowie jego wysokości umieszczono wybitne postaci związane z
czasem wielkich odkryć geograficznych: żeglarzy, naukowców, misjonarzy, królów
i książąt. Oprócz księcia Henryka są tu m.in. Vasco da Gama, Ferdynand
Magellan, Bartolomeu Dias. Przed pomnikiem położono marmurową posadzkę
przedstawiającą trasy portugalskich podróżników. Niestety, zdjęć nie ma,
wszystkie wyszły z nogami turystów.
Podziemnym przejściem dochodzimy teraz pod Klasztor
Hieronimitów, kolejną perełkę XVI-wiecznego stylu manuelińskiego. Jego
widok zachwyca z daleka, jest ogromny i bogato zdobiony. Od samego początku ma
on dla Portugalczyków symboliczne znaczenie ze względu na siłę zakonu,
intelektualną twórczość mnichów, jego ścisłe związki w rodziną królewską,
nierozerwalny związek z odkryciami geograficznymi, na co wskazuje nawet jego
położenie przy wejściu do portu. Ten oparty na regule św. Augustyna klasztor
był zakonem kontemplacyjnym o wysokim poziomie kultury i humanistycznym
zacięciu, o czym świadczą bogate
biblioteki klasztorne. Jego oprawa musiała więc być godna wysokiego statusu
klasztoru i rodziny królewskiej.
Prace budowlane trwały cały XVI wiek, a król Manuel I
przeznaczał na nie mnóstwo pieniędzy, m.in. znaczną część podatku pieprzowego z
handlu z Afryką i Wschodem (równowartość 70 kg złota rocznie). I do dziś
prezentuje dumnie dawną potęgę Portugalii trwając w niezmienionym wyglądzie.
Prawie nienaruszony przetrwał potężne trzęsienie ziemi w połowie XVIII wieku, a
prace renowacyjne prowadzono zawsze tak, by zachować jego oryginalną strukturę.
Całość klasztoru wyróżnia się rozległą fasadą o długości ponad
trzystu metrów zbudowaną z jasnego lokalnego wapienia. Po prawej jest kościół,
po lewej budynki klasztorne usytuowane wokół koronkowych, misternie rzeźbionych
dwupiętrowych krużganków, będącymi arcydziełem sztuki manuelińskiej. Długą
kolejkę oczekujących widzimy już z daleka. Ustawiamy się i my. Czekamy GODZINĘ
W PEŁNYM SŁOŃCU (grubo powyżej 20 stopni) na wejście do świątyni. „Dzięki temu”
mamy mniej czasu na kolejne atrakcje miasta.
Ale nie ma tego złego, bowiem możemy dokładnie obejrzeć fantastyczne detale świątyni, w tym pełen przepychu Portal Południowy, usytuowany równolegle do rzeki. Główną postacią jest tu patronka kościoła i klasztoru Matka Boska z Dzieciątkiem trzymająca w ręku naczynie z darami od Trzech Króli. Po jej bokach jest wiele posągów przedstawiających apostołów, proroków i świętych. Na tympanonie są sceny z życia św. Hieronima. Nad tympanonem jest herb Portugalii, a na samej górze wizerunek Archanioła Świętego Michała. Między drzwiami znajduje się posąg księcia Henryka Żeglarza.
Po godzinie głównym wejściem – Bramą Południową, tą mniejszą i mniej ozdobną, wchodzimy do świątyni. Zwracamy jeszcze uwagę na grupy rzeźb przedstawiające sceny z narodzin Chrystusa znajdujące się w niszy nad portalem oraz na posągi króla Manuela I i jego żony Marii po obu stronach portalu.
Wewnątrz widzimy ogromną przestrzeń i trzy nawy jednakowej
wysokości. Połączone są one pięknym sklepieniem żebrowym wspartym tylko na
sześciu bogato zdobionych filarach przez co wnętrze jest dobrze doświetlone. To
najdoskonalsza realizacja średniowieczna pokazująca największą rozpiętość sklepienia
przy jak najmniejsze liczbie podpór. I wykonanie takie, że przetrwało do dziś!
Wpadające przez witrażowe okna światło ozdabia kamienne, surowe
wnętrze kolorowymi refleksami. W
kościele znajdziemy grobowce Vasco da Gamy oraz królów i ich potomków. To
kolejny Panteon Narodowy, po tym w Coimbrze.
Na jednej ze ścian zauważamy wiele drzwi, prowadzą one do osobnych
pomieszczeń, którymi są konfesjonały. Otwarta przestrzeń kościoła mieści całą
królewską symbolikę, a bogactwo ornamentów osiąga tu swój szczyt. Jest jeden
wyjątek od tej manuelińskiej ozdobności – Kaplica Główna. Wprowadzono tu
sztukę manieryzmu kontrastującą z resztą, w niej również spoczywają królowie i
królowe.
Aby zwiedzić dalszą część klasztoru, czyli wspomniane przebogato
zdobione krużganki (podobne nieco do tych z klasztoru w Batalha, tylko
tutaj są dwa piętra) i refektarz przepięknie zdobiony płytkami azulejos, a
także muzea znajdujące się w dawnych klasztornych budynkach trzeba ustawić się
w kolejnej, równie długiej kolejce. Odpuściliśmy.
| Źródło. |
Potem mieliśmy w planach udać się na coś słodkiego i pysznego.
Jeśli o Portugalii mowa, to chodzi tu o przysmak narodowy, czyli pasteis de
nata. To tarta-babeczka wypełniona bardzo słodkim budyniem jajecznym.
Niedaleko klasztoru znajduje się najstarsza i najsłynniejsza cukiernia w
Lizbonie Pastéis de Belém działająca nieprzerwanie od 1837 roku i
nieprzerwanie wypiekająca te pyszności. To w tutejszym klasztorze, narodziła
się ich oryginalna i sekretna receptura. I pewnie byśmy nie zdążyli, ale w
międzyczasie naszego zwiedzania, nasza rewelacyjna pilotka Karolina, dostarczyła
nam je do autokaru, jeszcze ciepłe! To nie to samo, co delektowanie się tym
przysmakiem przy filiżance kawy i z widokami na ładne tutaj widoki, ale dobre i
to. Te były przepyszne, ale jedno ciasteczko zdecydowanie wystarczy!
Zostawiamy już ten klejnot architektury manuelińskiej i miejsce
bardzo znaczące dla wszystkich Portugalczyków i udajemy się do najstarszej
części miasta. Dzieli nas od niej osiem kilometrów, ale jedziemy kolejną godzinę.
Jak więc widzicie, Lizbony nie można zwiedzić w jeden dzień, ale cieszę się
ostatecznie, że tam byłam, a o innych atrakcjach miasta w innym wpisie.


























