wtorek, 29 czerwca 2021

Niezwykły klimat nadmorskiego uzdrowiska. Sopot.

Jeśli mówimy o Sopocie, to pewnie naszą pierwszą myślą związaną z tym miastem jest dłuuuugie, piękne molo.  Pierwszy 31,5-metrowy jego fragment powstał już w 1827 roku za sprawą Jana Jerzego Haffnera, napoleońskiego majora - chirurga wojskowego, który osiedlił się w mieście po zawirowaniach wojennych „wielkiego wodza”. Po kilku kolejnych modernizacjach możemy dziś spacerować po szerokim, 511-metrowym, najdłuższym drewnianym deptaku w Europie. Dziś jest też ono oświetlone i obstawione ławeczkami, a na jego końcu znajduje się marina jachtowa i miejsce do przybijania statków wycieczkowych. Fajne miejsce na relaks przy szumie fal, choć podczas mojego majowego pobytu było już dość zatłoczone.







Drugie miejsce największych sopockich atrakcji, po pięknym molo, zajmuje widok, który się z niego roztacza. Ale nie na morze, tylko na miasto. Widać stąd niezwykły Park Zdrojowy, piękny Dom Zdrojowy (powstałe również za sprawą Haffnera)  oraz zbudowany na początku XX wieku luksusowy Grand Hotel. Jego ogromna secesyjna bryła  jest chyba najpiękniejszą tego typu nad polskim morzem. I jak dawniej jego pięć hotelowych gwiazdek przyciąga najbogatszych i najbardziej znanych tego świata. 

Z wysokości mola widać też latarnię morską, która przypomina raczej wieżę zamkową, a z jej szczytu, na którym znajduje się punkt widokowy roztacza się rozległy widok na Zatokę Gdańską, miasto, liczne parki i zabudowania Trójmiasta. 


PARK ZDROJOWY.

ALEJE WOJSKA POLSKIEGO - BULWAR NADMORSKI.
W TLE LATARNIA MORSKA.

DOM ZDROJOWY.

GRAND HOTEL OD STRONY ULICY.


GRAND HOTEL OD STRONY MORZA.

Historia Sopotu sięga jednak bardziej odległych czasów, bowiem znaleziono tu pozostałości średniowiecznego grodziska Pomorzan, a pierwsze wzmiankowanie pochodzi z XIII wieku. Wtedy to książę pomorski Mściwój II przekazał małą wioskę rybacką cystersom z pobliskiej Oliwy (dziś Gdańsk-Oliwa). Jak na pracowity zakon przystało cystersi gospodarowali tu z powodzeniem przez pięćset lat czyniąc to miejsce coraz bardziej popularnym i od połowy XVI wieku dyplomaci i bogaci patrycjusze zaczęli tu wznosić swoje letnie rezydencje, organizowano też pierwsze morskie kąpieliska. Jednak prawdziwy rozwój miasta, jako uzdrowiska nastąpił wraz z przybyciem tu Jana Jerzego Haffnera, który rozbudował infrastrukturę zdrojową, a którego można dziś spotkać w Parku Północnych, za Grand Hotelem. 




I odtąd nastąpiła rozbudowa miasta, w którym przez dwa stulecia zmieszało się wiele stylów architektonicznych. Nazywa się go tutaj swojsko - „sopockim” i dziś spacerując miejskimi uliczkami zanurzamy się w jego specyficznym wyglądzie  i urokliwym klimacie. Podziwiać więc można dworki, murowano-drewniane domki mieszkańców czasów Haffnera, potem nastała architektura z koronkowymi, drewnianymi zdobieniami stylu szwajcarskiego.












Jeszcze później, na przełomie wieków, rozsmakowano się w stylu eklektycznym. Dbano nie tylko o urodę budowanych obiektów, ale i o jego ogromną ozdobność w detalach. Stąd na każdym kroku widzę balkoniki, wieżyczki, ozdobne gzymsy, galeryjki, balustrady, witraże w oknach. Aby takie elementy fasady powstawały w budowanych domach i pensjonatach obniżano nawet właścicielom podatki. Miało być po prostu pięknie i luksusowo!  











Między nimi są też ogromne obiekty hotelowe i uzdrowiskowe, jednak ładnie wpisane w cały klimat miasta. Są nawet dziwne, nowoczesne budowle, jak choćby Krzywy Domek, przy głównym deptaku spacerowym – ulicy Bohaterów Monte Cassino (zwanej Monciakiem) – który przyciąga spacerowiczów, bo nie sposób nie zwrócić na niego uwagi. Ze względu na wyjątkowość tej architektury zwiedzanie miasta nie nudzi, a dostarcza wielu estetycznych doznań na każdym kroku.

KRZYWY DOMEK NAPRAWDĘ JEST KRZYWY!

Choć miałam też wrażenie, że wiele miejsc i obiektów w Sopocie największe lata świetności ma już za sobą. Urok znanego kurortu i uzdrowiska jakby trochę przygasł. Pewnie sprawiły to niektóre domy, które wołają o remont. Może sprawiła to pandemia, bo muzea, kawiarenki i galerie teraz na początku maja były jeszcze pozamykane, może rozorana plaża, na której zalegały jeszcze zwały wydobytego z dna morskiego piasku, może czarno-zielona woda Zatoki Gdańskiej, może zniszczone ławki głównego nadmorskiego bulwaru (Aleje Wojska Polskiego). Dla mnie było to smutne doświadczenie, bo miałam wrażenie, że to już nie ten sam kurort, do którego podążano z całej Europy od dziesiątków lat na leczenie i wypoczynek. Ale to moje odczucie…

 

środa, 16 czerwca 2021

Moja przygoda z carvingiem.

O carvingu trochę już wiedziałam. Z Internetu i telewizji. Zachwyciła mnie ta dziedzina sztuki, bo tak trzeba przecież nazwać rzeźbienie w owocach i warzywach. Sztuka, która jest od wieków dziedzictwem narodowym Tajlandii, a do Europy dotarła dopiero na początku XXI wieku. To, co można w nich wyczarować to prawdziwe majstersztyki tej niezwykłej i ulotnej dziedziny. Ulotnej, bo wyczarowane dzieła sztuki przetrwają dzień, może dwa. Kiedy więc nasza Lokalna Grupa Działania „Między Ludźmi i Jeziorami” zorganizowała warsztaty na ten temat z przyjemnością wzięłam w nich udział. Zajęcia prowadził Mistrz Polski w Carvingu - Łukasz Szewczyk. Bardzo kompetentny młody człowiek, który tak pokierował grupą, że sami przez parę godzin staliśmy się rzeźbiarzami i rzeźbiliśmy w papryce, cukinii, fenkule, melonie i w arbuzie. Specjalnymi, profesjonalnymi nożami służącymi do tego celu wychodziły niezwykłe cudeńka! Pochwalę się, a co!

 













Jednak parę dni później czas się dla mnie zatrzymał, a właściwie wyhamował. Dzień 26 maja – Święto Matki. Ale nie ma czasu na świętowanie, bo wielki ból w brzuchu powoduje, że znajduję się w szpitalu. Ukruszony i połknięty haczyk od protezy atakuje wyrostek robaczkowy i rozlewa go. Operacja. Potem kilka dni klimatyzowania się w szpitalnej rzeczywistości i mozolnego stawania na nogi, mimo bólu. Powolne odstawianie worków pooperacyjnych, ciągła zmiana leków, dieta… Szpitalna rzeczywistość. Inny świat rządzący się własnymi prawami. Ogromna rana trudno się goi, wreszcie dobranie właściwych antybiotyków powoduje progres, ale mogę je przyjmować tylko w szpitalu. Jeden weekend, drugi, trzeci wreszcie w domu. Jestem osłabiona, rana jeszcze się goi, ale jest coraz lepiej. Za oknem lato – jest nadzieja! Taka to niesamowita i niemiła przygoda spowodowała wykluczenie z  życia na trzy tygodnie!

Dziękuję Wam, kochani, za zainteresowanie się moimi losami i wyrazy wsparcia, dzięki czemu przetrwałam jakoś tę szpitalną, raczej nudną rzeczywistość. Pozdrawiam serdecznie 💗💖💓