25 września, 2026

Kazimierz Dolny nieco inaczej.

 

Kazimierz Dolny to jedno z tych miejsc, do którego chce i chce się wracać. Byłam kilkakrotnie, schodziłam jego kamienne uliczki, widowiskowe wąwozy, zachwycałam się wspaniałymi zabytkami, których na niewielkiej powierzchni jest całe mnóstwo i delektowałam się legendarnymi drożdżowymi kogutami na rozległym kazimierskim rynku. Jest już na blogu stosowny wpis (tutaj) opisujący jego historię i zabytki, ale za każdym razem można miasto zwiedzać inaczej, a to z racji fantastycznego położenia nad Wisłą i między wzgórzami, no i… o nocnej porze. Poza tym ciągle remontowane lub odbudowywane są historyczne miejsca, więc trzeba wracać, by zobaczyć jak miasto pięknieje. Byłam tam w ubiegłym roku i pokażę dziś miasto z trochę perspektyw niż zazwyczaj. Wpis ten dedykuję jednej z moich ulubionej blogerek Stokrotce, zakochanej w Miasteczku, jak nazywa Kazimierz Dolny, aby nie popadła w nostalgię z tęsknoty.



Najpierw widoki na miasto z poziomu Wisły, z pokładu statku wycieczkowego. Na przełomie XVI/XVII wieku był tu jeden z największych portów rzecznych (60 spichlerzy na odcinku 3 km!), więc ilość różnych jednostek przepływających musiała być ogromna. Ale tamte czasy minęły. Obecnie w Kazimierzu Dolnym w dalszym ciągu istnieje największa śródlądowa flota w Polsce, tylko turystyczna. Jej właścicielem od 30 lat jest prawdziwy pasjonat wiślanej floty – Henryk Skoczek, który daje nowe życie wysłużonym jednostkom i robi biznes na rejsach turystycznych po Wiśle. To fantastyczna perspektywa na podziwianie wyłaniających się zza gęstwiny drzew najstarszych zabytków, czyli Baszty zbudowanej za czasów Łokietka, zamku Kazimierza Wielkiego czy XIV-wiecznej Fary.





Potem wdrapuję się na Górę Trzech Krzyży, na której znajduje się najpopularniejszy punkt widokowy na miasto. Nazwa tego miejsca pojawia się już w XVI wieku, jako miejsce grzebalne, ale obecne krzyże upamiętniają ofiary epidemii cholery, którą przyciągnęli ze sobą Szwedzi podczas kolejnej wojny na początku XVIII wieku. Kiedy odwrócimy się w stronę miasta zobaczymy je jak na dłoni otoczone zielenią gęstwiny drzew i błękitnym paskiem Wisły. Dostojnie prezentują się kazimierskie zabytkowe kamieniczki i świątynie. Też niezapomniane widoki!






Jeszcze inna perspektywa z bajecznymi widokami na miasto czeka na nas z poziomu wspomnianego Zamku i Baszty, ostatnio wyremontowanych i przystosowanych do zwiedzania. Zamek został wzniesiony z rozkazu Kazimierza Wielkiego w XIV wieku, w kolejnych wiekach go rozbudowano, w tym w stylu włoskiego renesansu, co świadczy o ważności i bogactwie miasta, ale całkowicie zniszczyli do Szwedzi, siedmiogrodzkie oddziały Rakoczego, a potem pożar. Dopiero w XX wieku zabezpieczono go jako trwałą ruinę dla turystów. Od 2009 roku gruntownie zaczęto wzmacniać mury, a przy okazji odkryto i zabezpieczono nieznane piwnice, tunele, kamienne detale oraz renesansowe fragmenty attyki. Obecnie można  zobaczyć w zamku wystawę prezentującą jego historię i odkryte zabytki oraz lapidaria, zajrzeć do piwnic i zwiedzić parter Domu Wielkiego, a z poziomu murów rozciąga się wspaniała panorama na miasto i dolinę Wisły. 









Kawałek dalej stoi najstarsza kazimierska budowla, którą historycy łączą z Władysławem Łokietkiem, bo ten na przełomie XIII/XIV wieku przywrócił te ziemie pod swoje zarządzanie. To 20-metrowa kamienna Baszta pełniąca funkcje strażnicze, obronne, więzienne, a także nawigacyjne, kiedy na jej szczycie zapalano ognisko. Teraz na szczycie wieży znajduje się punkt obserwacyjny. To kolejna świetna perspektywa na podziwianie okolicy, zamku i miasta. Na wieżę prowadzą wygodne, choć wąskie schody. Całość jest ładnie opisana i przygotowana do zwiedzania.







I kolejną fajną opcją na podziwianie atrakcji Kazimierza Dolnego jest jego nocne zwiedzanie. Nigdy wcześniej nie podziwiałam miasta o tej porze. Można zrobić to samemu lub z przewodnikiem, bowiem od jakiegoś czasu są tu oferowane takie usługi. Miasto nocą jest magiczne i tajemnicze. A opcję nocnego zwiedzania miasta i wąwozów  stworzyli pasjonaci jego historii i kultury. Ich misją jest ożywianie lokalnych opowieści i podkręcanie jego tajemniczości. Robią to w unikalny sposób łącząc fakty, legendy i lokalne ciekawostki, a wszystko to z dozą humoru i wielkiej pasji. Takie zwiedzanie zapisuje się mocno w pamięć, szczególnie spacer z pochodniami po najbliższych wąwozach. Ja skorzystałam z opcji zwiedzania z przewodnikiem, a utrwaliłam swoje zachwyty podczas samotnego spaceru. I powiem, że to zachwycająca perspektywa, zwłaszcza że wieczorem nie ma tłumów.





Zobaczcie, jak po zmroku prezentuje się kościół parafialny pw. św. Jana Chrzciciela i św. Bartłomieja Apostoła ze swą smukłą, gotycką bryłą i dekoracyjną nadbudową w stylu renesansu lubelskiego, która stała się architektonicznym wzorem dla innych obiektów sakralnych Lubelszczyzny.




Jak wspaniale wyglądają kamieniczki przy Dużym Rynku, szczególnie te Przybyłowskie, które zbudowali Mikołaj i Krzysztof Przybyłowie na początku XVII wieku. Podświetlone podcienia rzucają cień na ozdobne dekoracje fasad i jedne z najpiękniejszych w Polsce renesansowych attyk. Światła uliczne rzucają blask na liczne restauracje i kawiarenki wypełnione gośćmi.








Podobnie uroczo i tajemniczo prezentuje się zabudowa ulicy Senatorskiej z kamienicami z epoki renesansu i manieryzmu, szczególnie kamienica Celejowska z bogato zdobioną fasadą z attyką i rzeźbami świętych czy kamienica Biała z jasną fasadą i attyką, a także kamienica Górskich z oryginalnymi kolebkowymi sklepieniami.







Po drodze na Mały Rynek miniemy też kamienną synagogę oraz drewniany budynek jatek, które są pozostałościami po dawnym centrum żydowskiego Kazimierza. Legenda mówi, że synagogę ufundował sam Kazimierz Wielki jako dar dla ukochanej Esterki za urodzenie mu dwóch synów.




Kawałek dalej kolejna ładnie podświetlona świątynia. To kościół św. Anny i św. Ducha wzorowany na kazimierskiej farze i wykończony renesansowymi dekoracjami na szczytach.




Po drodze do najbliższego wąwozu Plebanka, którym spacerujemy z pochodniami, mijamy wzniesiony na Plebaniej Górze kościół Zwiastowania NMP ufundowany pod koniec XVI wieku i klasztor franciszkanów-reformatów wzniesiony nieco później. Niezwykle tajemniczo wyglądają kamienne mury obronne otaczające kościół, a wzgórze kojarzone jest z pradawną Wietrzną Górą oraz legendą o diable i ostatnim zachowanym kogucie, którego diabeł nie zjadł.






Pomimo iż Kazimierz Dolny nie jest dużym miasteczkiem, a ileż  w nim nieodpartego uroku, którym nie można przestać się zachwycać.


19 września, 2026

Tam, gdzie zaczyna się Afryka. Tanger. Maroko.

 

Z Tarify, najdalej na południe wysuniętego hiszpańskiego miasta, płynie się do marokańskiego Tangeru, zaledwie godzinę. No, chyba, że Cieśnina Gibraltarska wzburzona gniewem Oceanu Atlantyckiego i Morza Śródziemnego jest mocno niespokojna, wtedy to trwa nieco dłużej.



Kontynent afrykański wyłania nam się więc dość szybko i dość szybko też zauważamy, że to nie są typowo afrykańskie klimaty, które możemy zobaczyć w dalszej części tego kontynentu. Miasto założyło kilka wieków przed naszą erą plemię Berberów, a w późniejszych wiekach było przez większość czasu pod władaniem arabskim, więc mimo iż jest bardzo stare, to dawne budowle mieszają się z bardzo nowoczesną architekturą przypominającą europejskie widoki. I nic w tym dziwnego skoro przez wieki Tanger znajdował się na styku dwóch światów i wielu kultur. Przez wieki był obiektem pożądania wielu mocarstw z racji swojego strategicznego położenia. Miał nawet przez pewien czas status międzynarodowej strefy neutralnej, z którego wszyscy mogli korzystać. Stąd dziś tu mamy tygiel kulturowy oraz europejski szyk. Od 1956 roku należy do niepodległego Królestwa Maroka.




Po kilku kontrolach granicznych wychodzimy z nowoczesnego portu. A przed nami pną się po wzgórzu białe domki tangerskiej medyny. Po drodze mijamy nowy meczet. Ma wygląd tradycyjnych muzułmańskich świątyń z pięknymi zdobieniami i ozdobnym minaretem.




Po przejściu przez ulicę widzimy marmurowy pomnik Kilometr Zero z mapą kontynentu afrykańskiego i marokańskim herbem. To tutaj otwiera się symboliczna brama w głąb Afryki.  



Jeśli spojrzymy wyżej ujrzymy potężne fortyfikacje, które niegdyś ochraniały miasto. To kazbah, czyli historyczna arabska twierdza mieszcząca się na wzgórzu. Głównym budynkiem jest pałac, w którym mieszkał sułtan, a później rezydowali w nim europejscy panowie kolonialni. Dziś pełni on rolę muzeum.







Jeszcze rzut oka w drugą stronę na port i zatokę, za którymi widać wzgórza pokryte białą zabudową. Jest bardzo ładnie, nowocześnie i czysto.




Teraz kamienną bramą Bab Kazbah oddzielającą nowoczesne miasto od labiryntu wąskich uliczek arabskiej medyny zapuszczamy się w jej zaułki.




Uliczki są wąskie, otoczone gęsto zabytkową zabudową z charakterystycznymi marokańskimi zdobieniami, szczególnie na drzwiach i wokół nich. Co jakiś czas mijamy nieduże placyki zastawione kawiarnianymi stolikami.













Wiele uliczek pnie się pod górkę odsłaniając po drodze ładne widoki. Choć medyna wygląda jak jedno wielkie muzeum, które zgromadziło na swym niedużym terenie skarby przeszłości, to nie jest ono skamieniałe tylko gwarne i pełne życia.





Po obu stronach uliczek znajduje się mnóstwo rzemieślniczych sklepów, w tym ze skórami, dywanami, wełnianymi tkaninami, misternymi lampionami, ceramiką czy przyprawami. W niektórych usłyszymy pracę maszyn, choćby tkackich, a rzemieślników podejrzymy przy pracy.






Po drodze dostrzeżemy też klimatyczne hotele oraz parę lokalnych souków (targów), które oferują bogactwo owoców, warzyw i pachnących z daleka orientalnych przypraw. 




Uliczki się plączą i mimo iż mediana nie jest duża, to można się w nich zagubić, a dopowiem że nawet trzeba, by poczuć ducha dawnego miasta. Podczas wędrówki, na pewno wcześniej czy później, trafimy na jego cenny zabytek – Wielki Meczet. Poznamy go po zielono-białych ozdobnych płytkach zdobiących minaret. Wielki Meczet stoi tu od XVII wieku, a wcześniej była na tym miejscu rzymska świątynia, potem portugalska katedra. Trudno go dostrzec w ciasnej zabudowie medyny, ale dekoracyjne, koronkowe zdobienia i kolorowe płytki przyciągają wzrok.




Na terenie medyny są też muzea oraz całe mnóstwo bajecznie kolorowych kawiarenek i restauracji serwujących marokańskie przysmaki. Zwiedzanie miasta jest przyjemne do czasu, kiedy nie pojawią się lokalni naciągacze, którzy utrudniają, a nawet obrzydzają swym nachalnym zachowaniem zwiedzanie. Jeśli już się do nas przyczepią, oferując swój wątpliwej jakości towar, to nie można ich się pozbyć. I nawet ich ignorowanie bywa nieskuteczne. Jedynym wyjściem jest schowanie się w kawiarni lub restauracji i delektowanie się pyszną marokańską kuchnią oraz mocną miętową herbatą.






Po spacerze po najstarszej części Tangeru warto wybrać się także w nowsze jego części, a potem pojechać kilkanaście kilometrów na zachód od miasta na Przylądek Spartel. Jest to miejsce, gdzie symbolicznie łączy się Ocean Atlantycki z Morzem Śródziemnym. My mieliśmy do dyspozycji autobus wycieczkowy, ale pojedynczy turyści mogą wybrać się z centrum taksówką, która podobno jest najlepszą opcją, bowiem dojazd odbywa się wąskimi drogami, a ruch jest bardzo duży, bo i miasto jest duże.  




W pobliżu jest kilka fantastycznych oceanicznych plaż, a można też sprawić sobie przejażdżkę na wielbłądzie. Ja nie męczę zwierząt swoją wagą, ale fotka z miłym mieszkańcem tego lądu i owszem.






W okolicy jest jeszcze inne miejsce, które łączy naturalne piękno Atlantyku z bogactwem dawnych legend. To słynne Jaskinie Herkulesa, w których mityczny bohater odpoczywał podczas wykonywania swoich dwunastu prac. Inna legenda mówi, że to właśnie on oddzielił kontynent europejski od afrykańskiego.

Jest to ciekawa formacja skalna częściowo wyżłobiona przez ocean, częściowo przez ludzi mieszkających tam wieki temu. Główną atrakcją jest morskie okno w skale, w którego konturze można doszukać się odbicia afrykańskiego kontynentu. Samo zejście do jaskiń obstawione jest jarmarczną wystawką różnorodnych figurek i bibelotów, ale dalszy spacer to podziwianie majestatu natury, co w połączeniu  z duchowością dawnych czasów i mitologią nabiera szczególnego znaczenia.





Obok jaskiń zbudowano turystyczne zaplecze z hotelem, sklepami i restauracjami. No i te widoki na majestat oceanu! Cieszę się, że tam dotarłam!





Zapomniałam dodać, że Tanger to nie tylko zapachy marokańskich przypraw, ale też zapachy kosmetyków produkowanych na bazie naturalnych miejscowych produktów. Jednym z nich jest marokańskie złoto, czyli olejek arganowy. Stosuję go kosmetycznie od lat, od kiedy pierwszy raz byłam w Maroku i jestem przekonana, że to doskonały produkt na cerę i skórę. Teraz też go przywiozłam, bo ten kupowany tutaj jest najlepszy. Polecam!