Po godzinnym przeciskaniu się przez korki uliczne z dzielnicy
Belem do najstarszej części miasta – Alfamy mogliśmy wreszcie
cieszyć się, że zobaczymy tę najbardziej znaną część Lizbony. Czasu straciliśmy
już wiele (po godzinnym oczekiwaniu na wejście do Katedry Hieronimitów),
więc spacer nie będzie zbyt długi, ale perspektywa wejścia w wąskie uliczki tej
dawnej mauretańskiej dzielnicy poprawia nam nastrój. Lubię takie klimaty.
ALFAMA.
Alfama leży na zboczu wzgórza, między rzeką Tag, a jego szczytem, na którym znajduje się Zamek św. Jerzego, więc zwiedzanie jej odbywa się ostro pod górkę, po nierównym, drobnym bruku. W dodatku uliczki, którymi spacerujemy są bardzo wąskie, czasem nawet bardzo, gdzie nie wjedzie żaden pojazd. A tam, gdzie wjeżdżają musimy bardzo uważać, bo chodniki bardzo wąskie. Mnóstwo tu też schodów, więc wygodne buty i dobra kondycja mile widziane. Jeśli położone na wzgórzu, to wiadomo, że będzie wiele punktów widokowych, a widoki stamtąd będą wspaniałe.
Na szczęście w tych ciasnych uliczkach nie było bardzo tłumnie, więc choć Alfama była przebudowywana, mogliśmy dostrzec resztki dawnej kamiennej mauretańskiej zabudowy. Cechą charakterystyczną są też wspaniałe, najczęściej błękitne wzory z płytek azulejos przedstawiające historie z życia mieszkańców lub motywy religijne.
Jest ich jednak coraz mniej, bowiem domy przejmowane są przez bogatych
lokalsów lub zagranicznych inwestorów i przekształcane w wakacyjne apartamenty
dla turystów. A im nie zależy chyba na zachowaniu autentyczności Alfamy. Znikają
więc te często bogate, stare dekoracje i dzielnica traci nie tylko miejscowych
(80 procent), ale i dawny, autentyczny klimat. Ceny szybują w górę, więc dawne,
małe kawiarenki i miejscowe rzemieślnicze sklepiki z Alfamy też znikają,
razem z ich właścicielami.
Współcześni śpiewacy fado (Mayra&Pedro) wyrażają z ogromną
tęsknotą swoje zdanie na ten temat:
(…) Alfama pachnie nostalgią
Alfama nie pachnie fado
Pachnie ludzką samotnością
Pachnie poranioną ciszą
O smaku chleba ze smutkiem
Alfama nie pachnie fado
Ale nie ma innej pieśni.
Bardzo smutne! Jak napisała w komentarzu poprzedniego wpisu znajoma
blogerka Pani od Puszka : To smutne, że
miasta o tak bogatej historii stają się zakładnikami własnej popularności.
Dotyczy to i ogromnej ilości turystów, i zaniku ich autentyczności. Nic dodać, nic ująć…
W połowie spaceru natykamy się na dumę Lizbończyków, która stoi tu od połowy XII wieku - Katedrę Se (Katedra Najświętszej Maryi Panny). To najstarszy i najważniejszy kościół w Lizbonie pamiętający czasy krzyżowców. Ma charakter obronny, bowiem ma grube mury, a zwieńczają ją dwie wieże zakończone flankami. Taka był potrzeba tamtych czasów.
Wnętrze posiada trzy nawy i długość 90 metrów. W jej wnętrzach dostrzeżemy też rzymskie ruiny, stąd wiemy, jak stare i znaczące jest to miejsce. Choć zbudowano ją w stylu romańskim, to król Alfons IV nadał jej później styl gotycki i umieścił w niej panteon dla siebie i swojej rodziny.
Obok Katedry biegnie jedna w głównych ulic przebiegających przez
Alfamę, a na niej widzimy sunący po górkę żółty tramwaj nr 28,
jeden z symboli miasta. Można nim wjechać na wzgórze do zamku, ale mnie, po
ostatnich tragicznych zdarzeniach, jakoś to nie kręciło.
Po drugiej stronie Katedry stoi inna świątynia – Kościół św.
Antoniego. Zbudowano go w miejscu, w którym przyszedł na świat św. Antoni z
Lizbony (1195), bardziej znany jako św. Antoni w Padwy.
W XVIII wieku kościół został całkowicie przebudowany, być może
po zniszczeniach wielkiego trzęsienia ziemi, które nawiedziło miasto w 1755
roku. I ten wygląd podziwiamy do dziś. Największą uwagę skupiają tu kolorowe
mozaiki wykonane z płytek azulejos, a przedstawiające m.in. sceny z bajek La
Fontaine’a. W 1982 roku przed kryptą, która oznacza miejsce narodzin świętego modlił
się Jan Paweł II, potem poświęcił pomnik św. Antoniego znajdujący się przed
kościołem. Jest tu też muzeum jemu poświęcone.
BAIXA.
Schodzimy teraz coraz niżej, a architektura Lizbony
zmienia się na nowszą. To położona na bardziej płaskim terenie i przylegająca
do Tagu dzielnica Baixa. Ta część miasta najbardziej ucierpiała
wskutek trzęsienia ziemi z 1755 roku, stąd jej zabudowa jest późniejsza. Jej
główna część rozciąga się między ogromnym Placem Comercio, a Placem
Rossio połączonych deptakową, najbardziej reprezentacyjną ulicą Lizbony
– Rua Augusta. Tutaj przestrzenie robią wrażenie, szczególnie po spacerze
ciasnymi uliczkami Alfamy.
Sercem miasta jest Plac Comercio o wymiarach 177 na 190
metrów. Otoczony jest z trzech stron przyjemną zabudową z arkadami, w której
dominuje kolor żółty, a czwarta przylega do brzegu Tagu. To przy
nabrzeżu znaleźliśmy wizytówkę z napisem miasta, ale wśród tłumów nie dane nam
było pojedynczo z nim zapozować. Na środku placu stoi pomnik króla Józefa I,
zwanego Reformatorem, którego czasy panowania pokrywają się z odbudową miasta.
Kierujemy się teraz na Rua Augusta, ale zanim tam
wejdziemy dostrzegamy potężny Łuk Triumfalny. W jego konstrukcji widzimy
kolumny i zdobienia, a wśród nich postaci z dumą zapisane na kartach
portugalskiej historii, m.in. Vasco da Gama. Od strony ulicy jest ładnie
wkomponowany zegar.
Teraz zagłębiamy się w uliczki Baixy, w których nie
sposób zaginąć, bowiem dzielnica ma kształt prostokąta i symetrycznie ułożone
ulice. Odpowiedzialny za odbudowę miasta markiz Pombal posłużył się
pierwszym na świecie systemem przeciwdziałającym zniszczeniom spowodowanym
trzęsieniami ziemi. Główna ulica to ciągnące się przez pół kilometra sklepy
oraz restauracje, które wylały się na jej środek. Pod nogami mamy regularne
wzory z kostki brukowej, a po bokach przykłady architektury, której styl
nazwano pombaliną, od nazwiska markiza. Nazwy ulic zaś pochodzą od nazwy
cechów, np. ulica Złotników czy Szewców. Nie ma tak przyjemnego klimatu jak
Alfama, ale jest przyjemnie, choć tłumnie.
Po drodze zwracamy jeszcze uwagę na windę Santa Justa,
która zdecydowanie wyróżnia się z zabudowy. Ta 45-metrowa konstrukcja wykonana
jest w ozdobnym stylu neogotyckim, a zbudował ją podobno uczeń Eiffla. Można
nią się przemieścić do wyżej położonych dzielnic, jednak po ostatnim wypadku
tramwaju wszystkie tego typu konstrukcje są zamknięte. Czyli coś na rzeczy?
Przy końcu ulicy wyłania się nam kolejny plac – Plac Rossio. Najpierw uwagę zwraca piękna barokowa fontanna, za nią pomnik Piotra IV – króla Portugalii i pierwszego cesarza Brazylii, a pod nogami mamy czarno-białą falującą mozaikę.
Dookoła widzimy dekoracyjną zabudowę, wśród której wyróżnia się budynek teatru, kościół oraz dworzec kolejowy Rossio ze wspaniałą neomanuelińską fasadą. Gdyby nie wzmianka o nim, to nigdy bym się nie domyśliła, że to dworzec.
Powyżej widzimy zabudowę położonych na wzgórzach (których jest
siedem, jak w Rzymie) dzielnic Lizbony. Na jednym z nich stoi wspomniany Zamek
św. Jerzego. Jego historia sięga czasów Maurów, ale pierwsze fortyfikacje
powstały tu za czasów rzymskich. Widoki stamtąd muszą być wspaniałe!
Jednak nie wspinamy się na wzgórze, brak czasu i siły,
postanawiamy więc zapełnić puste żołądki portugalskimi przysmakami. Z trudem
znajdujemy stolik w restauracji przy Rua Augusta i zamawiamy miejscowe
specjały. Każda inne, by spróbować wielu, czyli grillowane sardynki, makaron z
owocami morza, dorsz smażony oraz bacalhau (bakalu). Mojemu podniebieniu
najbardziej przypadła do smaku ostatnia potrawa, czyli zapiekanka z dorszem i
ziemniakami. To jedno z dań z dorsza, których Portugalia ma podobno 365, na każdy
dzień roku. Mnie bardzo smakowało!
I tak smakowicie zakończyła się wizyta w Lizbonie, portugalskiej
stolicy, której chyba powinnam dać jeszcze szansę. Na koniec wpisów o tym
pięknym kraju zabiorę Was jeszcze do fantastycznie położonego nad Oceanem
Atlantyckim São Pedro de Moel, w którym mieliśmy jedną z baz wypadowych.











































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeśli nie jesteś zarejestrowanym użytkownikiem komentuj jako użytkownik anonimowy. Możesz wtedy dodać swój podpis i wszystko OK. Dziękuję też wszystkim komentującym za odwiedzenie mojego boga:)