To było osiem lat temu, ale nie mogłam
się oprzeć wspomnieniom z pięknych wakacji w tym gorącym miejscu, bo brak mi
błękitnego morza, drobnego piasku na plaży, opalającego słoneczka oraz tego, by
ktoś mi przygotował pyszne, lokalne jedzonko. A tak było w Egipcie, w
największym kurorcie tego kraju – w Hurghadzie.
Hurghada leży około pięciuset kilometrów
na południe od stolicy kraju – Kairu. Oddziela je od siebie pustynia, której
różnorodne formacje skalne i kolory piasku można podziwiać z jednej strony
lecącego samolotu, a z drugiej błękitne wody Morza Czerwonego, łącznie z
występującą w nim rafą koralową. Miasto
dziś bardzo duże, ale przed stu laty było zaledwie małą osadą rybacką, bowiem
leży nad samym morzem. Jest tu kilkadziesiąt kilometrów pięknych, piaszczystych
plaż i spora średnia temperatura w ciągu roku, więc w latach 80-tych ubiegłego
wieku dostrzeżono turystyczny potencjał tego miejsca i zdecydowano o
pobudowaniu tu zaplecza hotelowego, które do dziś znacznie się rozrosło i jest najczęściej
odwiedzanym egipskim kurortem wypoczynkowym.
Jest tu wiele ciekawych miejsc do
odwiedzenia, luksusowe hotele i restauracje, marina, bazary-souki, miejsca
nurkowe i to, co przyciąga chyba najczęściej - niedalekie rafy koralowe. Można
je zobaczyć na własne oczy nurkując albo załapać się na rejs statkiem z przezroczystym
dnem i podziwiać te podwodne cuda natury. My je oglądaliśmy właśnie w ten
nietypowy sposób. Hoteli w Hurghadzie wzdłuż całego wybrzeża jest całe mnóstwo.
Ich budynki i otaczające je baseny tworzą niezapomniany widok, widać to z okien
samolotu. Lądującego lub startującego samolotu, bowiem kilka kilometrów od
miasta znajduje się międzynarodowe lotnisko. I to niezłej jakości!
To były pierwsze i dotychczas jedyne nasze
wakacje w Egipcie, bowiem sytuacja w tym kraju nie jest stabilna i bezpieczna.
W innym przypadku bywalibyśmy tam częściej, bo hotele są naprawdę luksusowe,
jedzenie dobre, a infrastruktura wspaniała i to wszystko za naprawdę niewielkie
pieniądze. W dodatku w weekend majowy, kiedy my tam byliśmy, temperatura nie
przekraczała 30 stopni, więc było jeszcze przyjemnie (latem to 40˚ i więcej), a
woda była już cieplutka. No i w tym
luksusie chcieliśmy zresetować umysły i zregenerować ciałka!
Mieszkaliśmy w dzielnicy hotelowej
dwadzieścia kilometrów na południe od centrum miasta przy samej plaży. Hotel
nazywał się Titanic Beach&Spa, a obok był bliźniaczy Titanic
Palace i obydwa połączone były atrakcyjną infrastrukturą, z której wszyscy
mogli korzystać. Jak sama nazwa mówi, wiele elementów hotelu przypominało te z
prawdziwego Titanica: pyszny wystrój, marynarskie stroje obsługi hotelowej, a
nade wszystko przepiękne wejście z titanicowymi schodami i ogromnym żyrandolem.
Są to wielkie hotele i ilość wypoczywających
tu osób może przytłaczać, ale miejsca do wypoczynku też jest tu mnóstwo, więc w
majowy weekend nie było wielkich tłumów, nawet podczas posiłków. Spodobałyby
się Wam baseny, wijące się przez kilkaset metrów wśród przepięknej, egzotycznej
roślinności, bowiem ogród hotelowy w tym suchym i gorącym klimacie był wprost
bajeczny. W dodatku na początku maja rośliny były w całkowitym rozkwicie. Bajeczne
miejsce!
Tam, gdzie kończył się ogród,
rozpościerał się duży aquapark z wieloma atrakcjami. A w morze prowadziło
bardzo długie molo, na którego końcu można było pływać i nurkować, bowiem
zaczynała się tu rafa koralowa. Jedyny minus był taki, że w dzień morze
odpływało daleko i kąpieli przy plaży nie można było doznawać, ale cofające się
morze odsłaniało ciekawe żyjątka do podziwiania (śmieci, niestety również).
Hotel posiada też małe centrum handlowe,
gdzie można kupić m.in. pamiątki, czy piękną biżuterię. Odbywały się też
wieczorne, bardzo urozmaicone animacje, łącznie z tańczącymi derwiszami. Zawsze
było duże zainteresowanie tymi występami. Było też tam SPA, a wspaniałego masażu
wykonanego rękami młodej muzułmanki nie zapomnę do końca życia. No i pokoje
hotelowe: duże, wyłożone marmurowymi płytkami, choć z arabskimi niedoróbkami,
jak mówi mój mąż, dokładny Polak. Jedzenie było dobre, choć „zemsty faraona”
się nie ustrzegłam. Ale to było pod koniec naszego pobytu, więc przywiozłam tę
„zemstę” do domu. Egipskie hotele są takimi enklawami. Wszystko w zasadzie jest
wewnątrz i właściwie można byłoby nie wychodzić poza jego teren, ale my
zwiedziliśmy jeszcze miasto: świątynię koptyjską, największy meczet, muzeum
morskie, wypiliśmy pyszną herbatkę z hibiskusa, byliśmy w centrum handlowym -
dla porównania, no i podziwialiśmy rafę koralową. Poruszać się można niedrogimi
taksówkami, a cenę ustala się wsiadając. Wtedy czuliśmy się tu bardzo
bezpiecznie. Zwiedziliśmy i odpoczęliśmy! I podziwialiśmy inną kulturę nastawioną
przyjaźnie na turystów.
Gdybyście kiedyś zdecydowali wybrać się
do Egiptu na wypoczynek, to ten hotel serdecznie polecam. Był najbardziej
luksusowy z tych wszystkich, w których do tej pory mieszkaliśmy. A tydzień, czy
dwa takiego luksusu od czasu do czasu przyda się każdemu!
To było
dla poprawienia humoru i nastroju! Mojego i Waszego też!!!