Z Tarify, najdalej na południe
wysuniętego hiszpańskiego miasta, płynie się do marokańskiego Tangeru, zaledwie
godzinę. No, chyba, że Cieśnina Gibraltarska wzburzona gniewem Oceanu
Atlantyckiego i Morza Śródziemnego jest mocno niespokojna, wtedy to
trwa nieco dłużej.
Kontynent afrykański wyłania nam się więc
dość szybko i dość szybko też zauważamy, że to nie są typowo afrykańskie
klimaty, które możemy zobaczyć w dalszej części tego kontynentu. Miasto założyło
kilka wieków przed naszą erą plemię Berberów, a w późniejszych wiekach było przez
większość czasu pod władaniem arabskim, więc mimo iż jest bardzo stare, to
dawne budowle mieszają się z bardzo nowoczesną architekturą przypominającą
europejskie widoki. I nic w tym dziwnego skoro przez wieki Tanger
znajdował się na styku dwóch światów i wielu kultur. Przez wieki był obiektem
pożądania wielu mocarstw z racji swojego strategicznego położenia. Miał nawet przez
pewien czas status międzynarodowej strefy neutralnej, z którego wszyscy mogli
korzystać. Stąd dziś tu mamy tygiel kulturowy oraz europejski szyk. Od 1956
roku należy do niepodległego Królestwa Maroka.
Po kilku kontrolach granicznych wychodzimy z nowoczesnego
portu. A przed nami pną się po wzgórzu białe domki tangerskiej medyny. Po
drodze mijamy nowy meczet. Ma wygląd tradycyjnych muzułmańskich świątyń z
pięknymi zdobieniami i ozdobnym minaretem.
Po przejściu przez ulicę widzimy marmurowy pomnik
Kilometr Zero z mapą kontynentu afrykańskiego i marokańskim herbem. To
tutaj otwiera się symboliczna brama w głąb Afryki.
Jeśli spojrzymy wyżej ujrzymy potężne fortyfikacje, które niegdyś ochraniały miasto. To kazbah, czyli historyczna arabska twierdza mieszcząca się na wzgórzu. Głównym budynkiem jest pałac, w którym mieszkał sułtan, a później rezydowali w nim europejscy panowie kolonialni. Dziś pełni on rolę muzeum.
Jeszcze rzut oka w drugą stronę na port i
zatokę, za którymi widać wzgórza pokryte białą zabudową. Jest bardzo ładnie,
nowocześnie i czysto.
Teraz kamienną bramą Bab Kazbah
oddzielającą nowoczesne miasto od labiryntu wąskich uliczek arabskiej medyny
zapuszczamy się w jej zaułki.
Uliczki są wąskie, otoczone gęsto zabytkową
zabudową z charakterystycznymi marokańskimi zdobieniami, szczególnie na
drzwiach i wokół nich. Co jakiś czas mijamy nieduże placyki zastawione
kawiarnianymi stolikami.

Wiele uliczek pnie się pod górkę odsłaniając
po drodze ładne widoki. Choć medyna wygląda jak jedno wielkie muzeum, które
zgromadziło na swym niedużym terenie skarby przeszłości, to nie jest ono
skamieniałe tylko gwarne i pełne życia.
Po obu stronach uliczek znajduje się mnóstwo
rzemieślniczych sklepów, w tym ze skórami, dywanami, wełnianymi tkaninami, misternymi
lampionami, ceramiką czy przyprawami. W niektórych usłyszymy pracę maszyn,
choćby tkackich, a rzemieślników podejrzymy przy pracy.
Po drodze dostrzeżemy też klimatyczne hotele
oraz parę lokalnych souków (targów), które oferują bogactwo owoców, warzyw i
pachnących z daleka orientalnych przypraw.
Uliczki się plączą i mimo iż mediana nie jest
duża, to można się w nich zagubić, a dopowiem że nawet trzeba, by poczuć ducha
dawnego miasta. Podczas wędrówki, na pewno wcześniej czy później, trafimy na
jego cenny zabytek – Wielki Meczet. Poznamy go po zielono-białych
ozdobnych płytkach zdobiących minaret. Wielki Meczet stoi tu od XVII
wieku, a wcześniej była na tym miejscu rzymska świątynia, potem portugalska
katedra. Trudno go dostrzec w ciasnej zabudowie medyny, ale dekoracyjne,
koronkowe zdobienia i kolorowe płytki przyciągają wzrok.
Na terenie medyny są też muzea oraz całe mnóstwo bajecznie kolorowych kawiarenek i restauracji serwujących marokańskie przysmaki. Zwiedzanie miasta jest przyjemne do czasu, kiedy nie pojawią się lokalni naciągacze, którzy utrudniają, a nawet obrzydzają swym nachalnym zachowaniem zwiedzanie. Jeśli już się do nas przyczepią, oferując swój wątpliwej jakości towar, to nie można ich się pozbyć. I nawet ich ignorowanie bywa nieskuteczne. Jedynym wyjściem jest schowanie się w kawiarni lub restauracji i delektowanie się pyszną marokańską kuchnią oraz mocną miętową herbatą.
Po spacerze po najstarszej części Tangeru
warto wybrać się także w nowsze jego części, a potem pojechać kilkanaście
kilometrów na zachód od miasta na Przylądek Spartel. Jest to miejsce,
gdzie symbolicznie łączy się Ocean Atlantycki z Morzem Śródziemnym.
My mieliśmy do dyspozycji autobus wycieczkowy, ale pojedynczy turyści mogą
wybrać się z centrum taksówką, która podobno jest najlepszą opcją, bowiem
dojazd odbywa się wąskimi drogami, a ruch jest bardzo duży, bo i miasto jest
duże.
W pobliżu jest kilka fantastycznych
oceanicznych plaż, a można też sprawić sobie przejażdżkę na wielbłądzie. Ja nie
męczę zwierząt swoją wagą, ale fotka z miłym mieszkańcem tego lądu i owszem.
W okolicy jest jeszcze inne miejsce, które
łączy naturalne piękno Atlantyku z bogactwem dawnych legend. To słynne Jaskinie
Herkulesa, w których mityczny bohater odpoczywał podczas wykonywania swoich
dwunastu prac. Inna legenda mówi, że to właśnie on oddzielił kontynent
europejski od afrykańskiego.
Jest to ciekawa formacja skalna częściowo
wyżłobiona przez ocean, częściowo przez ludzi mieszkających tam wieki temu.
Główną atrakcją jest morskie okno w skale, w którego konturze można doszukać
się odbicia afrykańskiego kontynentu. Samo zejście do jaskiń obstawione jest jarmarczną
wystawką różnorodnych figurek i bibelotów, ale dalszy spacer to podziwianie
majestatu natury, co w połączeniu z
duchowością dawnych czasów i mitologią nabiera szczególnego znaczenia.
Obok jaskiń zbudowano turystyczne zaplecze z
hotelem, sklepami i restauracjami. No i te widoki na majestat oceanu! Cieszę
się, że tam dotarłam!
Zapomniałam dodać, że Tanger to nie
tylko zapachy marokańskich przypraw, ale też zapachy kosmetyków produkowanych
na bazie naturalnych miejscowych produktów. Jednym z nich jest marokańskie
złoto, czyli olejek arganowy. Stosuję go kosmetycznie od lat, od kiedy
pierwszy raz byłam w Maroku i jestem przekonana, że to doskonały produkt na
cerę i skórę. Teraz też go przywiozłam, bo ten kupowany tutaj jest najlepszy. Polecam!








































Tanger to taka brama łagodnie łącząca przejście pomiędzy znaną nam dobrze kulturą Europy a afrykańskim orientem. Ładnie tam i całkiem przyjemnie. Absolutnie nie widać tam zgiełku, jakiego spodziewałabym się po Maroku.
OdpowiedzUsuńBył zgiełk, tylko starałam się go nie pokazywać. Latem pewnie są istne tłumy, szczególnie na soukach. Nie lubię tam robić zakupów, ale zwiedzanie to inna sprawa:)))
UsuńAleż pięknie opisałaś Tanger ❤️ Czytając, można niemal poczuć zapach mięty, przypraw i marokańskiego słońca, a przede wszystkim tę niezwykłą atmosferę miejsca, w którym przez wieki spotykały się różne światy i kultury. Najbardziej urzekają mnie takie miasta, w których można zgubić się w wąskich uliczkach, zajrzeć do małych sklepików i po prostu chłonąć codzienne życie. A widoki na białe zabudowania, morze i Cieśninę Gibraltarską muszą być niezapomniane. ❤️ Tanger zdecydowanie dopisuję do swojej podróżniczej listy! I oczywiście marokańskie złoto w postaci olejku arganowego też brzmi kusząco 😉
OdpowiedzUsuńPolecam miasto i okolicę, a olejek szczególnie. Mam nadzieję, że wszystkim służy równie skutecznie to marokańskie złoto:)))
UsuńUsiu!
OdpowiedzUsuńKolejny raz czytam Twój post i oglądam zdjęcia. Jestem zachwycona Tangerem, to przepiękne miasto. Chciałabym kiedyś zobaczyć tę bramę między Europą a Afryką i wędrować po tamtejszej medinie. A co się tyczy olejku arganowego? przy cerze suchej jest doskonały bo głęboko nawilża, poza tym wygładza zmarszczki i przyspiesza regenerację naskórka. Też go używam.
Serdecznie pozdrawiam:)
Mam nadzieję, że będziemy dłużej młodo wyglądać i nie zestarzejemy się za szybko, bo nawilżenia i witamin olejek ma moc 😉
UsuńAfryka wciąż przede mną. Nawet taki jednodniowy wypad do Tangeru, to byłoby coś. Miasto jest pełne kontrastów, ale mając taką historię i położenie nie może być inaczej. Ciekawy jestem, czy w Twoim przypadku to początek afrykańskiej przygody, czy wróciłaś na kontynent. Pewnie niedługo się dowiem.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie :)
Byliśmy wiele lat temu w marokańskim Agadirze, ale mam apetyt na inne perełki tego kraju. Poza tym był kiedyś Egipt i na razie tyle z afrykańskich klimatów. A do Tangeru popłynęliśmy na ubiegłorocznej objazdówce po Hiszpanii. Zwiedziliśmy wtedy bardzo wiele fajnych miejsc.
UsuńPięknego tygodnia życzę:)))
Nie byłam w Tangerze, ale znając jego historię troche inaczej wyobrażałam sobie jego część stworzoną przez Europejczyków, bardziej w stylu kolonialnym. Medyna mnie zachwyciła, bo uwielbiam takie klimaty. Co do namolności arabscy naciągacze nie mają sobie równych, widziałam ich popisy we Włoszech, chyba muszą bardzo lubić ten proceder. Serdecznie pozdrawiam, życzę miłego tygodnia!
OdpowiedzUsuńTanger ma też przyjemne kolonialne oblicze. Widziałam z okien autokaru, ale osobiście już tam nie dotarłam. Są też nowe osiedla i dzielnice willowe. Miasto jest duże, ale najstarsza część jest najbardziej klimatyczna, pomimo zakłóceń w zwiedzaniu.
UsuńRównie udanego tygodnia 🩷
Tym wpisem przypomniałaś mi, że byłam w Tangerze, skąd miałam prom powrotny do Hiszpanii podczas pierwszego marokańskiego urlopu. Tanger mnie niestety rozczarował, bo wydał mi się mało marokański i po całych tych cudach i baśniowych klimatach Fezu i Marrakeszu był trochę zbyt zwyczajny 😃. Ale widzę, że przy odrobinie dobrej woli można znaleźć w Tangerze fajne zakątki i klimatyczne miejsce na zjedzenie tadżinu i popicie go miętową herbatą. Pamiętam, że czekając na prom siedziałam na takim sporym placu i poprostu patrzyłam na ludzi, nie kojarzę nawet czy mam z Tangeru jakieś zdjęcia. Sprawdzę to.
OdpowiedzUsuńBuziaki i moc uścisków na nowy tydzień.
Po takich marokańskich perełkach trudno się dziwić, że Tanger nie zrobił na Ciebie wrażenia. Ja nie miałam takiego porównania, więc cieszyłam się tym co widzę. Terminal portowy jest duży i nowoczesny, taki na miarę europejskich standardów i ruch tam jest spory, więc można się napatrzeć, a także zrobić zakupy.
UsuńPrzyjemności Monia, pozdrawiam:)))
O raju, gdzie też ten Halny Cię wywiał z naszej ojczyzny ? !!! :)
OdpowiedzUsuńWywiało mnie rok temu, ale teraz znów mnie wywieje, do Włoch i na Sycylię:)))
UsuńTak blisko z Hiszpanii do Afryki, za każdym razem mnie to zadziwia. Dlatego Casablanca w czasie II Wojny stanowiła ważne miejsce przerzutowe.
OdpowiedzUsuńJadę w listopadzie na ośmiodniową objazdówkę. Będzie co oglądać.
Miłych wrażeń we Włoszech♥️
Też kiedyś zwiedzę jeszcze inne miejsca Maroka. Słynną Casablankę również bym chciała zobaczyć. Już Ci życzę miłego zwiedzania. I dzięki za życzenia. Pozdrawiam ❤️
UsuńTanger bardzo ładnie prezentuje się na Twoich zdjęciach. Kiedyś przeczytałam, że nic tam nie ma, ale fotki tego nie potwierdzają. Te uliczki i zaułki wyglądają przyjemnie no i widok na ocean.
OdpowiedzUsuńW Maroku nigdy nie byłam, ale jest to jeden z tych krajów, w których chętnie założyłabym "czapkę niewidka" w obronie przed natrętnymi mieszkańcami.
Trudno się tam przed natrętami obronić. I to jest odstraszające. Ale i tak warto odwiedzić Maroko dla jego niesamowitych miejsc:)))
UsuńUleńko, sporą dawkę egzotyki nam zaproponowałaś! Poza skarbami natury, w podróżowaniu interesują mnie również dzieła człowieka. A to, co dostrzegam w Twojej pięknej fotorelacji to fakt, jak architektura Tangeru mocno odróżnia się od zabudowy znanych nam europejskich miast. Tu afrykańskie wpływy są szczególnie silne!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ciepło i życzę Ci niezapomnianych wrażeń z kolejnych wojaży :-)
Anita
Trochę egzotyki, trochę europejskich klimatów. Ale tutaj ta mieszanka jest ciekawa. Im dalej w głąb lądu, tym egzotyki coraz więcej.
UsuńDzięki za życzenia, które się właśnie spełniają, bowiem pozdrawiam z Sycylii:)))
Niesamowite miejsce na styku dwóch światów. Fasynujący jest ten kulturowy miks Tangeru. Niewiele jest takich miejsc, w których geografia i mitologia tak pięknie się przenikają. Przylądek Spartel i symboliczne spotkanie Atlantyku z Morzem Śródziemnym to prawdziwy geograficzny spektakl! Pięknie opisałaś tę bramę do innego świata, która jest zaledwie godzinę drogi od Europy:-)
OdpowiedzUsuńWspaniałego pobytu na Sycylii! To niesamowita wyspa:-)
Powoli ją odkrywam i doceniam jej niezwykłą naturę i fantastyczne historyczne miejsca. Dzięki ❤️
UsuńŚwietny pomysł na rejs z Europy do Afryki. Tanger twoimi oczyma wygląda imponująco. I pomyśleć, że trochę dalej na północny wschód leży hiszpańska Ceuta, tak okrutnie potraktowana przez przybyszy z Afryki.
OdpowiedzUsuńJa byłam "nieco dalej" jakieś 800 km na północnym zachodzie Maroka. Jednym z ciekawszych miast była stara Essaouira dawny Mogador ze swoją medyną i nowa Essaouira z portem, kazbą i osiemnastowieczną platformę artyleryjską, jedną z głównych fortyfikacji miasta z widokiem na Skały (Wyspy) Purpurowe....
Ula podziwiam twoją mobilność z której czerpiesz radość życia, w każdym bądź razie sprawiasz wrażenie szczęśliwej podróżniczki. Piękny czas dla Ciebie. Pozdrawiam cieplutko :)
Bardzo piękny czas dla mnie. Pełnia szczęścia, a Maroko ma tyle uroku, że trudno nim się nie zachwycać. Może jeszcze dam radę w inne jego miejsca...
UsuńCałusy zasyłam:)))